Czas obscenicznych premii dla prezesów musi się skończyć

Adrian Zandberg ze stanowiskiem klubu Lewicy do pierwszego czytania rządowego projektu ustawy o udzielaniu pomocy publicznej w celu ratowania lub restrukturyzacji przedsiębiorców:

Czasy są wyjątkowe. Wróciły dawno pożegnane słowa: zwolnienia grupowe, bezrobocie, cięcia, wreszcie restrukturyzacja. Wyjątkowa staje się dziś odpowiedzialność państwa. Opowieść o rynku, który sam sobie daje radę, brzmi dobrze, ale podczas prosperity. I zawsze okazuje się niewiele warta w chwili kryzysu. Pomoc dla przedsiębiorstw zagrożonych upadłością jest potrzebna. Czytając tę konkretną ustawę, nie sposób nie uśmiechnąć się pod nosem. Widać, że to produkt z przeszłości. I nic dziwnego, w końcu powinniście ją Państwo byli uchwalić wiele miesięcy temu. Jak sami przyznajecie, to po prostu dopełnienie rządowego programu z czasów Platformy Obywatelskiej. To dobrze, że ustawa umożliwia wejście kapitałowe państwa, objęcie udziałów w firmach. Niestety, przy skali obecnych problemów gospodarczych, zapisane na ten cel sumy mogą wywołać co najwyżej wzruszenie ramion. 120 milionów złotych to są środki kompletnie niewspółmierne do potrzeb. Ile firm chcecie państwo za to uratować? To jest kropla w morzu potrzeb. To zresztą przypadłość całego rządowego pakietu. Jest po prostu zbyt skromny, żeby zamortyzować kryzys. Skoro wydajemy publiczne pieniądze, to trzeba uczciwie porozmawiać o celach i warunkach tej pomocy. Tego w tej ustawie brakuje. Nie wolno powtórzyć błędów z przeszłości, kiedy uspołeczniono straty, a zyski trafiły do kieszeni najbogatszych.

Daletgo Lewica zgłosi do tego projektu poprawki. To dotyczy tej i każdej innej ustawy o pomocy publicznej. Tam, gdzie płynie pomoc, powinien obowiązywać kategoryczny zakaz wypłaty premii i dodatkowych bonusów dla zarządu. Już teraz słyszymy, że firmy obcinają pensje pracownikom, ale zarządy wypłacają sobie wynagrodzenia bez zmian. To jest niemoralne i niedopuszczalne. Poprzedni kryzys pokazał, że pomoc musi być kontrolowana. Inaczej, zamiast na ratowanie miejsc pracy, kasa trafi do prywatnych kieszeni. Jeśli ktoś sięga po publiczne środki, to znaczy, że czas obscenicznych wynagrodzeń dla zarządu się skończył. Częścią umowy powinno być poddanie wynagrodzeń zarządów ograniczeniom, analogicznym do ustawy kominowej. Środki mają iść na podtrzymanie działalności, a nie na podtrzymanie luksusowego trybu życia prezesa. Wreszcie sprawa kluczowa – obowiązek zatrudniania na uczciwych warunkach. Firmy, które przetrwają dzięki pomocy państwa, nie mogą nadal, jak gdyby nigdy nic, zatrudniać dalej na śmieciówkach. Chyba już wszyscy widzimy teraz, do czego doprowadziła ta patologia na rynku pracy. Z tym trzeba skończyć.

Piszecie państwo w ustawie, że cel to przywrócenie rentowności firm. To za mało. Celem muszą być dobrej jakości miejsca pracy. Tylko z tego powodu jest w ogóle sens wspierać biznes z publicznych środków. Te pieniądze pochodzą w większości z podatków płaconych przez pracowników. Trzeba gospodarować nimi tak, żeby wynikła z tego korzyść dla dla całego społeczeństwa. Nie tylko dla wąskiej grupy właścicieli. Od kilku tygodni pan premier powtarza po Lewicy, że pomoc państwa nie powinna trafiać do firm z rajów podatkowych. To dobrze, panie premierze. Teraz czas opanować kolejne zdanie: pomoc państwa nie może rozpłynąć się w kieszeniach prezesów. Ustawa wymaga poprawek, żeby zabezpieczyć interes publiczny. Dlatego Lewica opowiada się za skierowaniem jej do prac w komisji.